Tatry (05.09.2026 r.)

17 września 2026

Na kolejną wyprawę wybieramy Tatry i Czerwone Wierchy. Plan jest prosty: wyruszamy, zdobywamy cztery szczyty, podziwiamy panoramy, robimy piękne zdjęcia i wracamy szczęśliwi. No właśnie, plan był prosty, ale… pogoda miała jednak plan własny.  Ruszamy z Kir i od razu dzielimy się na dwie grupy. Mniejsza ekipa wybiera spokojniejszą wersję górskiej przygody – Dolinę Kościeliską, z jej tajemniczymi zakamarkami: Jaskinią Mroźną i Wąwozem Kraków i wędrówką nad Smreczyński Staw, a na koniec docieramy do schroniska na Hali Ornak. Krótko mówiąc, trochę gór, trochę zwiedzania i bardzo rozsądna ilość wysiłku. Większość grupy wybiera jednak kierunek: CZERWONE WIERCHY. Pogoda? Cóż… nie będziemy jej przesadnie chwalić, ale przecież w góry nie jedzie się tylko wtedy, kiedy słońce świeci.

Humory mamy świetne, więc ruszamy. Na szlaku ludzi zdecydowanie nie brakuje. Szybko dochodzimy do wniosku, że chyba pół Polski wpadło dziś na ten sam pomysł co my. Nabieramy wysokości, a góry cały czas ukrywają się za mleczną zasłoną. Mgła otula zbocza, widać tylko kawałek grani i błyszczące na trawach i kosówkach krople deszczu. Wszystko wydaje się bardzo tajemnicze, surowe i trochę baśniowe. Tylko czasami z tej baśni wyrywa nas głos:

– Daleko jeszcze?!

Mozolnie zdobywamy pierwszy z Czerwonych Wierchów, Ciemniak (nazwa całkiem trafna, bo jak się okazało, było tak ciemno i mglisto, że część grupy nawet nie widziała słupka szczytowego).

Na kolejnym szczycie, Krzesanicy znajdujemy idealne miejsce pod skałami i robimy zasłużoną przerwę. Posileni ruszamy na Małołączniak i Kopę Kondracką. Mgła nadal trzyma nas w napięciu. Co jakiś czas wszyscy spoglądają w niebo, bo każdemu wydaje się, że tak jakby się przejaśnia. Cóż, każdy widzi to, co chce widzieć. Przy zejściu w stronę Przełęczy Kondrackiej w końcu mamy upragnione widoki. Jakby Tatry specjalnie przez kilka godzin trzymały nas w napięciu, żeby na koniec powiedzieć: „ No dobra, macie i podziwiajcie!”. Po odpoczynku na przełęczy schodzimy w stronę Doliny Małej Łąki. Schodzenie po mokrych kamieniach to jednak dość wyczynowa dyscyplina sportowa. Nic dziwnego, że kilka osób zalicza nawet miękkie lądowanie na pewnej części ciała.

Docieramy do Gronika, a oczekując na ostatnich uczestników, urządzamy sobie mały piknik. Zmęczenie powoli odchodzi, a pojawia się satysfakcja. Bo na wyprawie nie zawsze chodzi o idealną pogodę, o spektakularne zdjęcia, o widoki, które zapierają dech. Czasami chodzi o mokre buty, zmęczone nogi, śmiech, wspólne żarty, trochę deszczu, mgłę i ludzi, z którymi nawet w najgorszej pogodzie jest po prostu dobrze. I choć Czerwone Wierchy tym razem nie odkryły nam całego swojego piękna, to pokazały coś innego – swoje tajemnicze, mgliste i trochę niedostępne oblicze. Może właśnie dlatego ta wyprawa zostanie z nami na dłużej. Bo góry czasami dają nam dokładnie to, czego się spodziewamy, a czasami mówią: „Nie dzisiaj. Przyjdźcie jeszcze raz.” Przyjmujemy zaproszenie i na Czerwone Wierchy na pewno wrócimy.

Do zobaczenia na kolejnej wyprawie.

Tekst: Angelika D. Zdjęcia Angelika i Robert W.

Komentarze zablokowane.


Powered by http://wordpress.org/ and http://www.hqpremiumthemes.com/